22_200 image

Naszą Kronikę tworzą pasjonaci turystyki rowerowej z całego kraju! Wspólnie przemierzamy szlaki na 6 kontynentach, od najpiękniejszych zakątków Polski, po przełęcze Himalajów. Jeśli prowadzisz stronę zawierającą sprawozdania z ciekawych wyjazdów - wyślij nam jej adres!


Nie masz strony? Nic nie szkodzi! Autorom dobrych relacji chętnie udostępnimy naszą witrynę- wystarczy przesłać nam tekst i fotografie w formie elektronicznej. Życzymy miłej lektury i czekamy na Wasze opowieści!

Sztokholm Suwałki 2008

Posted by Administrator (admin) on 09-04-2008 at 12:31:34
Wyprawy >>

 22.06- 2.07.2008

Dzień I, 72 km, 3h 54' Szwecja

            Lot bardzo miły, na lotnisku żadnych problemów, chociaż mój rower ważył 20,5 kg, a powinien 15. Były chmury, więc nic nie było widać aż zniżyliśmy się nad Szwecją. Same wyspy. Miliony. Z lotniska pojechałem autobusem do miasta ok. 100 km, (bilet 50 zł), na dworcu złożyłem rower  i  była 16.  Do Kappelskar miałem 110 km, a ostatni prom o 20.30, więc nie spiesząc się pojechałem na północ. Sztokholm jest piękny, ale nawet tak przyjazne rowerzystom miasto jest miastem, a ja nie przepadam za zwiedzaniem miast z siodełka roweru. Wszędzie ścieżki, ale oznakowanie mało czytelne. O 21 zajechałem do domu przy drodze, jakieś 40 km do Kappelskar i poprosiłem o miejsce na namiot. Pan oglądał mecz, a z moim angielskim zanosiło się na dłuższe tłumaczenie, że nie, więc stanęło na tak i pan poszedł na mecz a ja rozbiłem biwak. W nocy mało spałem, budził mnie deszcz i auta, więc przeżyłem pierwsza białą noc. W następne noce byłem bardziej zmęczony i trochę mniej przejęty, więc najczęściej spałem jak dziecko.                           

 

Dzień II, 86,8km, 4h 48' Szwecja, Finlandia

            Wstałem wcześnie i w drogę. Na terminalu byłem o 9, ale okazało się, że prom będzie dopiero o 15. W domu przed wyjazdem spisałem sobie rozkład promów, ale musiałem popełnić błąd przy przepisywaniu, stąd te godziny luzu. Pojechałem na pobliski camping na kawę i umyć się. Potem pojeździłem trochę po okolicy i czekałem na terminalu, a właściwie terminalku, bo kilka promów na dzień nie wymaga wielkiej infrastruktury. Za prom zapłaciłem 84 korony, czyli ok. 30 zł. W końcu przypłynął. Wielki. Zapakowałem rower na dół a sam udałem się na pokład i ruszyliśmy. Pogoda piękna, więc siedziałem na pokładzie, gdzie grała żywa muzyka kawałki Stinga i Chrisa Rea. Popijałem piwo i obserwowałem ludzi oraz widoki. Pełna przejrzystość powietrza, więc widać było bardzo daleko. Mnóstwo wysp i nawet te najmniejsze zamieszkane. Spory ruch na wodzie. Po 4 godzinach dobiliśmy do stolicy Wysp Alandzkich.

Mariehamn ładne, spokojne, takie skandynawskie jak sobie wyobrażałem. Ceny trochę z kosmosu, ale mam jeszcze zapasy jedzenia (na szczęście).  Piję kawę w tawernie za 3.50E (postanowiłem zaszaleć) i jadę na Alandy. Wszędzie drogi dla rowerów, asfaltowe, oznakowanie idealne. Słońce nisko, ale ciągle tak samo wysoko, przez kilka godzin. Widoki cudne. Drogi rowerowe są dłuższe od szos, bo poprowadzono je przez najciekawsze widokowo miejsca. Jadę i delektuję się. W końcu czuję, że wystarczy. Na prom do Hummelvik na pewno nie mam już szans, a na noclegu powiedzą mi, o której jest poranny. Pierwszy kamping, nie wiedzieć, czemu, mi nie odpowiada, ale wkrótce jest następny. Za 4.50E mam spanie i pranie, jakieś 20 km do następnego promu z Hummelvik do Torsholma. Przez moment miałem nadzieję, że jeszcze saunę, ale drzwi były zamknięte na głucho i po zapachu powietrza poznałem, że niewłączona. Rozbiłem się koło brzozy niedaleko ulicy. Wczoraj budziły mnie samochody, ale tutaj ruch uliczny prawie nie istnieje. Przez ostatnie pół godziny przejechał jeden samochód. O, drugi. Teraz jest po 23.30 i całkiem jasno. Jak tu spać? Prom mam o 12, o do promu ok. godziny, więc jutro mam spokojny poranek.

Nie udało mi się kupić gazu do maszynki, ale na razie sobie radzę. Jem konserwy a zupy muszą poczekać. W sumie dobrze, bo odciążam bagaż. Powoli dojrzewam do spania. Dziwne to z tymi białymi nocami. Szwedzi, którzy poszli spać 2 godziny temu jeszcze co chwile gadają.

            Mam taki kubek z polo marketu, że wszystko mi jedzie kawą. Barszcz, kola, drink, wszystko. Dopiero jak piję kawę to nie. Wtedy najpierw czuję barszcz, potem jakiś tłuszcz, kawa ma smak plastiku, a zapach wczorajszej kolacji, ale stawia na nogi, a o to chodzi. Ale to minie. Tak myślę, bo jak pierwszy raz rozłożyłem karimatę, to smród był nieludzki. Jakaś rafineria, przetwórstwo recyclingu czy co? Ale przeszło. Już po jednej nocy. Muszę pamiętać żeby Agi karimatę rozłożyć przed naszą jesienną wyprawą, bo się biedula porzyga w nocy.

Zapomniałem klamerek. I gumek recepturek. Taki drobiazg, a warto pamiętać. Moje kolano  klekocze za każdym obrotem. Myślałem, że to coś w rowerze, ale nie. Muszę je wykurować do jesieni, bo Włochy czekają. Nie wiem, jakim cudem jechałem do Jeleniej Góry  200 km dziennie.

 

Dzień III, 74km, 4h 18' Finlandia

 Rano pojechałem tylko kilkanaście km do promu, który odpływał o 12. Okazało się, że trochę nas na rowerach po tych Alandach podróżuje, bo rowerów na promie było chyba z 10. Pięknie wygląda archipelag z wody. Wysiadłem w Torsholma i przejechałem tą trasą, opisywaną w przewodnikach. Piękna. Same mosty, groble, jedzie się miejscami prawie po wodzie. Nie spieszyłem się, bo miałem 4 godziny do następnego promu, a ten odcinek, zwany Brando, ma niecałe 25 km. Po drodze spotykam szwedzką rodzinę – małżeństwo z kilkunastoletnią córką. Oni jadą a ona prowadzi rower. Wysilam umysł klecąc coś w stylu: I help your bicykle. Chętnie przystają na moją propozycję i w 5 minut dziura była załatana, a ja z 10E w kieszeni jadę dalej. Na końcu trasy zastanawiam się, co zrobić z tym czasem, gdy przypływa maleńki prom, taki na 10 aut. Szybko orientuję się, że płynie na sąsiednią wyspę, jakieś 5 km i że po 40 min postoju wraca. Na pół godziny odwiedzam więc jeszcze wyspę Jurmo, w kształcie koła o średnicy jakieś 2 km. Jest na niej niewielka wioska. Ale życie. Ludzie czekają po 2 godz. na prom i nikt się nie denerwuje. Wszędzie promy. Autem można pojechać max 2 km. Wreszcie wsiadam na prom do Osnas i w pół godz. jestem na stałym lądzie. Jadę więc i podziwiam widoki, a jest co. I tak dojeżdżam do kempingu. Dużo przyczep i tylko ja w namiocie. Jest już późno, więc zaczynam od sauny, potem kąpiel w lodowatym morzu i biwak. Zupa i drink "tax free". Cieszę się tym czasem i nie brakuje mi towarzystwa.

Teraz jest 24 w nocy, więc zaczynają żreć. Nasze już śpią, ale u nas ciemno, a tu jasno jak w dzień, więc latają i szukają krwi. Latające rotwajlery. Nie wypsikałem się po saunie, więc mają łatwy kąsek.           

 

Dzień IV, 139,6km, 7h 01'Finlandia

            Rano guzdrałem się po wczorajszym siedzeniu w noc, więc wyjechałem o 9.20. Jechało się dobrze, a potem bardzo dobrze, bo wiało dość mocno w plecy. Fajne są te fińskie miasta, bo spokojne, ruch niewielki nawet w Turku, wielkości Gdańska. Wszędzie można kupić zielony groszek w strąkach, dosłownie tak, jak w Polsce truskawki w szczycie sezonu. Chciałem maksymalnie się zbliżyć do Helsinek, żeby się nie spóźnić jutro na prom. Zatrzymałem się u ludzi, ok. 90km od stolicy. Wcześniej szukając noclegu wjechałem w podwórko- ani człowieka. Wszystko otwarte, na wierzchu, w kosiarce-traktorku kluczyk, nic tylko się wprowadzać. W Skandynawii można się rozbić wszędzie, ale wszystko to las, skały albo pola (przynajmniej na południu). Wioski daleko od dróg i trzy domy na krzyż, często na takich górkach, że nie ma gdzie rozbić namiotu. Pieczywo i picie drogie bardzo. Pić można ponoć kranówkę, ale ma dziwny smak i się boję.

 

Dzień V, 107,9km, 6h 09' Finlandia, Estonia

            Wyruszam wcześnie rano i jadę ostro, bo nie chcę uwięzić się w Helsinkach. Docieram do miasta ok. 14 jadąc przeważnie drogą dla rowerów. Połączeń z Helsinek do Tallina jest mnóstwo, średnio co godzinę. Kilku przewoźników, różne ceny i standard. Wybieram Tallink Line, do którego przypadkowo dotarłem, kupuję bilet za 43E z rowerem. Potem dowiedziałem się, że można było połowę taniej, ale musiałbym czekać i płynąłbym dłużej, więc nie żałuję. Prom to miasto prawie, większy niż ten, który pływa z Gdyni do Karlskrony. Próbowałem dorobić się fortuny na automatach i przez moment byłem do przodu jakieś 2,5E, ale jak to zwykle bywa przerżnąłem cale 3E, które sobie założyłem. Płyniemy tylko 2 godz.( 80 km). Miasto z wody wygląda ślicznie. Starówka jest niewielka, usytuowana prawie przy brzegu. Piękna. Każdy kawałek zagospodarowany. Ciche zaułki z knajpkami, widać dużą dbałość o szczegóły. Ludzie reagują bardzo życzliwie, widząc rower z polską flagą. Wielu wie, skąd jestem. Pytają, dokąd jadę, pozdrawiają. Jutro przyjrzę się jeszcze starówce a potem pojadę na południe. Do polski mam 715 km drogą via baltica, ale nie zamierzam się jej sztywno trzymać. Późnym wieczorem znajduję przystań jachtową i pytam bosmana o pozwolenie na rozbicie namiotu na trawniku koło jego budki. Nie ma problemu. Płacę 50 koron, czyli 10 zł i mam miejsce na namiot i gorący prysznic.

 

Dzień VI, 115,5km, 6h 38' Estonia

Budzę się koło 8. Po wczorajszej zupie chińskiej z konserwą w środku i cebulą nie czuję głodu, więc piję kawę i ruszam. 5 km bulwarem i znowu jestem na starówce. Po napojeniu się widokami ruszam. Błądzę i dodaję sobie z 10 km, jak w każdym mieście. Jak już wyjechałem to zaczęła się burza.  Kilka razy zaczynało lać, ale za każdym razem miałem się gdzie schować. Do czasu. Potem już nie było sensu, więc jechałem w deszczu chyba ze 2 godz., ale jak się wypogodziło to przebrałem się i wszystko mi wyschło. Ruch na bocznych drogach jest znikomy. Wioski rzadko i bardzo małe. Język niezrozumiały, ale wszyscy znają rosyjski. śpię u ludzi ok. 100km od Tallina. Z gospodynią rozmawiamy gdzieś do 23, potem ona idzie do ogródka plewić, a ja spać. Białe noce jeszcze są. Trochę odczuwam kolano, więc zjechałem przed 19 aby odpoczęło. Do granicy mam jakieś 110-120 km, może jutro, zależy od pogody i jeśli na głównej będzie tłoczno to pojadę bokiem, bo boczne są urocze.

 

Dzień VII, 135km, 6h 59' Estonia, łotwa

Ciężko było miejscami i z przygodą, ale, jak zwykle, dobrzy ludzie pomogli. Rano zaspałem, tzn. obudziłem się później niż myślałem, bo o 8, po 9godz. snu. Ujechałem trochę bez śniadania wiec stanąłem na kawę. W przydrożnych stacjach paliw można kupić coś jak pączki tylko z mięsem. Dobre i za grosze. Ruszyłem i nagle usłyszałem trzask. Pierwszy raz strzeliła mi szprycha, ale od razu domyśliłem się, że to to. Postanowiłem jechać bez jednej, ale zaraz poszły dwie następne. Nie miałem ze sobą szprych na zapas, więc musiałem szukać warsztatu. Było po 11 i sobota. Do miasta 11 km. Przy drodze w rowie zbierał liście mleczów jakiś dziadek. Zaproponował mi, że zawiezie mnie do miasta z tym kołem. Naprawa trwała godzinę, więc obwiózł mnie po Parnie. Odebraliśmy koło i pojechaliśmy z powrotem. Nie chciał zapłaty. W końcu się zgodził na przyjęcie "suweniru". Zeszło 2 godziny i to i tak dobrze, bo gdyby to jutro, to bym szedł na piechotę. Potem już bez przeszkód darłem aż do granicy. Można ją przeoczyć, ale za nią już inaczej. śpię w agroturystyce, bardzo ładnie, z łazienką za 3 łaty, czyli 15 zł. Jutro Rigga, dobrze, że w niedzielę, bo można liczyć na mniejszy ruch.

 

Dzień VIII, 142,2km, 6h 44' łotwa

Siedzę sobie na łotwie w barze w hotelu, koło którego stoi mój namiot i popijam balsam "Rigga". Smaczny może nie jest zbytnio, ale bardzo wierzę, że zdrowy. 45%. Poza tym zostały mi 4 łaty a kieliszek kosztuje łata, więc nie będę wlókł tego bilonu do domu, bo po co. Tu oglądają film z Brusem Willisem, ale nic nie rozumiem. Mówią po łotewsku a napisy rosyjskie. Dziś się sprężyłem i udało mi się przebrnąć przez Riggę. Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia po Tallinie. Przykułem rower przed katedrą i wjechałem windą na szczyt wieży. Całe miasto jak na dłoni.  łotwa trochę odstaje, myślę, że jest tu ludziom trochę gorzej niż w Polsce. W końcu poczułem kondycję. Jedzie mi się dobrze.

Dziś droga mało przyjemna, Rigga dziurawa strasznie, rozkręcił mi się cały rower. Ceny porównywalne do naszych, może trochę taniej. Dziś jechałem cały czas drogą via baltica, na mapie wygląda na cudo jakieś, a to po jednym pasie w każdą stronę i utwardzone pobocze. Będę jutro zmieniał, bo ta jest nudna i spory ruch.

 

Dzień IX, 121km, 6h 57' łotwa, Litwa

Wstaję wcześnie i po wczorajszym balsamie czuję się świetnie. Powoli dochodzę do perfekcji w rozbijaniu obozowiska i zwijaniu się rano. Porządek w sakwach to podstawa – zawsze wiem, gdzie co mam, w której sakwie i w którym miejscu szukać konkretnej rzeczy. To niesamowicie pomaga. Piję kawę i w 45 minut po obudzeniu się już pedałuję. Ciekaw jestem tej Litwy, zwłaszcza, że to ostatni kraj na tej wyprawie. Postanawiam zjechać z głównej i poszukać jakiejś bocznej drogi. W Bauska kupuję maść na opryszczkę; o ile sobie przypominam, to robi mi się zawsze na rowerach. Boczna droga po chwili zamienia się w szutrową, ale do granicy niedaleko i mam nadzieję, że za nią będzie lepiej. Niestety lepiej nie jest, a nawet gorzej, bo szutrówka litewska jest nie do przejechania na moim rowerze. Po prostu rozsypane, kanciaste kamienie. Muszę prowadzić, bo boję się o koła. Nawet idzie się ciężko. Pół godziny spacerku i zaczyna się nieśmiały asfalt. Jakieś resztki, ale jechać się da. Widać popegeerowskie pozostałości, upadłe zagrody, biedę. Jedzie się dobrze, ale okolice raczej mało ciekawe widokowo. Kieruję się na Radziwiliszki, mając nadzieję na nocleg z drugiej strony miasta.

  

Dzień X, 148,6km, 7h 13' Litwa

Noc spędziłem u leśniczego pod Radziwiliszkami. Pozwolił mi rozbić namiot i na tym skończyło się jego zainteresowanie moją osobą. Nie, żebym myślał, że jestem jakoś szczególnie interesujący, zwłaszcza dla leśniczego, ale przecież mogliśmy pogadać. Również po to pojechałem. Wyjeżdżam wcześnie. Udało mi się znaleźć parę interesujących miejsc, ale ogólnie Litwa nie jest ciekawa dla mnie, pomimo że widzę piękno natury. Dziś ostry dzień, ale to chyba trochę zła organizacja czasu. Rano mam dużo sił, wiatr w plecy itp., więc pędzę. Nie lubię dużych miast, takich, które się ciągną 20 km z przedmieściami. Jeszcze w Skandynawii było to do zniesienia. A u nas i tu nie jest przyjemne. Więc jak mam przed sobą miasto, dzisiaj to było Kowno, na, tak jak dziś, 110tym kilometrze, to od rana tak się organizuję, żeby mieć zapas w nogach i na zegarze. Skutek jest zawsze taki sam. O 18 jestem na noclegu, za wcześnie, ale nie mam już siły jechać po 150km jakby mnie diabeł gonił. Druga sprawa to dobór miejsca na odpoczynki w ciągu dnia. Tu nie ma żadnej infrastruktury po temu. Trzeba stawać w najlepszej sytuacji przy sklepie na wsi. Ani stolika, żeby coś zjeść, ani ławeczki, żeby usiąść, tylko masa śmierdzących pijaków chętnych za papierosa objaśnić drogę. Albo przy szosie, w rowie. Też mi sjesta. 10 minut, napić się i dalej. Litwa- nie jest to miejsce gdzie chciałbym mieszkać. Niestety odnoszę wrażenie, że tak myślą również Litwini. Rozbijam namiot przed domem starszej samotnej kobiety. Pracuje jeszcze jakiś czas w ogródku a potem się chowa i tyle ją widziałem. Trudno nawiązać kontakt z tymi przestraszonymi ludźmi.

 

Dzień XI, 90km, 4h 30'

Jakoś emocje przed powrotem do domu i ilość wrażeń powodują, że budzę się koło czwartej i nie mogę zasnąć. Wstaję wiec i organizuję się jak najwolniej, żeby nie wyjechać przed piątą. Jadę pustą drogą przez 40 km, bo Litwini postawili znaki zakazu ruchu z powodu remontu, ale do samego końca drogi żadnych oznak prac nie widać. Jeszcze przed granicą wydaję resztki litewskich pieniędzy, potem prosto do Polski. W drodze spotykam prawie same tiry, ale kierowcy wyprzedzają mnie bezpiecznie. Na granicy pozdrawiają mnie ci, którzy minęli mnie 2 godziny temu, a teraz mają przymusową przerwę. Jeszcze przed Suwałkami strzeliła mi następna szprycha. Tym razem zapasowe już mam, ale ta jest od strony kasety i nie mogę jej wymienić bez specjalnego klucza. Ryzykuję i jadę dalej, ale na szczęście nic się nie dzieje. Docieram na dworzec PKP, ale nie mam żadnego połączenia, jadę więc na PKS i okazuje się, że autobus do Gdańska jest raz na dzień i jedzie za pół godziny. Rozkręcam rower i wkrótce podziwiam Mazury z autobusu. Wieczorem będę w domu.

 

Statystyka:
Przejechałem 1232km,
Spędziłem w siodełku 64h13’
Płynąłem siedmioma promami łącznie 12 godz.
Wydałem ok. 1300 zł.

Powrót